<!-- [site-name] -->
Witaj gość - dzisiaj jest czwartek, 23 maja 2019, 

pamięci Marka

Biografia
Marka Kotańskiego
Historia Monaru
"Ty zaraziłeś ich
narkomanią"

"Daj siebie innym"

nasze menu

 strona główna
 nasze linki
 FAQ - pytania i odpowiedzi
 nasze pliki
 nasze bLogi
 nasza galeria
 nasza księga gości

 PLACÓWKI MONARU


nasz najnowszy link

Click

Belgijski Gabinet Terapii Uzależnień
Witamy Ciebie na stronie Belgijskiego Gabinetu Terapii Uzależnień działającego w Belgii od 2014 roku...
odsłon:8676

nasze linki ]

trochę wiedzy o...

 narkotykach
 narkomanii
 narkomania w literaturze
 narkomania w filmie

nasz bLogariusz

licznik odwiedzin

Dzisiaj:634
W tym miesiącu:20927
W tym roku:153560
Ogólnie:3298347

Od dnia 08-01-2002

Przejdź do strony: [-10 -1] 1 - 2 - 3 ... 22 - 23 - 24 - 25 [+1]

Do dołu
Żona narkomana
  • Posted: 23.01.2017, 16:45
       
    jozefaa
    oceń:
    neofita neofita
    zarejestrowany:
     marzec 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    28.04.19
    postów:
    2203
    Nie sarkazm to naprawdę bardzo ważne :) jak wiesz te pseudo banki mają bardzo wielkie procenty i z małej sumy szybko rosną strasznie wysokie sumy. Bo w normalnym banku raczej nawet jakby chciał to i tak nie dostanie pożyczki.

    Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali
    Jan Paweł II, częstochowa, 18.VI.1983

    Nie potrafi przebaczyć innym, kto sam nie zaznał przebaczenia.
    Jan Paweł II, Z przemówienia do młodzieży, Watykan, 1999 r.
  • Posted: 23.01.2017, 19:57
     
    Niusia
    oceń:
    pretendent pretendent
    zarejestrowany:
     styczeń 2016
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    16.03.17
    postów:
    79
    Rozdzielność jest bardzo ważna, jozefaa pisze tylko szczerą prawdę:) ja zrobiłam rozdzielność jak tylko powiedział mi, że ćpa (tak tak, przez rok nic nie zauważyłam) i to była jedna z najlepszych moich decyzji. Potem przez jakieś 8 miesięcy się "naprawiał" terapia raz w tygodniu, praca, rozkręcanie firmy...a to wszystko takie mydlenie oczu...mnie, sobie,wszytskim. Teraz jest w Ośrodku, już jakies pół roku, a ja gdyby nie ta rozdzielność miałabym do spłaty jakieś 70 tysięcy...i wszelkie pisma od chwilówek które przychodzą do niego przyprawiałyby mnie o zawał...a tak to tylko i wyłącznie jego problem, także polecam;)
  • Posted: 23.01.2017, 22:08
     
    izaaa
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     styczeń 2017
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    25.11.17
    postów:
    7
    :( jakos mnie to wszystko przytłacza teraz. Męczy mnie ta odpowiedzialnosc.


    On teraz jest w ośrodku. Dam radę zrobić rozdzielność bez jego udziału?



    napisany przez: izaaa, 24-01-2017 - 20:57

    "Mój miły
    Prosił ciągle
    Żebym czekała
    A ja
    Nie mogłam
    Nie mogłam czekać
    Aż przepadnie czas
    A on mi go
    Nie odda"
  • Posted: 25.01.2017, 17:56
       
    jozefaa
    oceń:
    neofita neofita
    zarejestrowany:
     marzec 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    28.04.19
    postów:
    2203
    Tak bez problemów.

    Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali
    Jan Paweł II, częstochowa, 18.VI.1983

    Nie potrafi przebaczyć innym, kto sam nie zaznał przebaczenia.
    Jan Paweł II, Z przemówienia do młodzieży, Watykan, 1999 r.
  • Posted: 10.02.2017, 15:03
     
    ana_rebeL
    oceń:
    monarowiec monarowiec
    zarejestrowany:
     październik 2015
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    07.09.17
    postów:
    99
    [quote=izaaa]Co się musi wydarzyć żeby już dać sobie spokój...[/quote]

    To pytanie rozpoczęło we mnie potężną batalię... Co się musi stać w głowie kobiety, żeby powiedziała DOŚĆ i się do cholery uwolniła? No ja się pytam co? Ile razu musi być poniżana, bita, gwałcona (psychicznie czy fizycznie), upodlona, znienawidzona i ogóle, żeby przestać wierzyć ĆPUNOWI? To jest do cholery KŁAMCA! nie zmieni się póki nie będzie ponosił odpowiedzialności za własne życie i czyny!!! On zawsze taki będzie, póki nie pójdzie na terapie i nie przeora swojego systemu wartości. Czy to jest takie trudne do zrozumienia!!! Czy to do cholery nie jest oczywistą oczywistością!!! A no jest - więc o co chodzi? Czemu tak się dzieje, że głupie baby pozwalają się niszczyć? I tu nastąpił zawrót akcji w mojej głowie - spójrz w lustro, zadaj sobie raz jeszcze te pytania, wróć do 2015 roku, zobacz siebie... upadłam, ryczałam.... o kurwa, ja też taka jestem, słaba, naiwna.... Nic mnie nie usprawiedliwia, że wcześniej nie widziałam uzależnienie mojego męża, ale gdyby on nie odszedł to możliwe, że też bym ufała w każde jego zapewnienia. I za każdym razem wierzyłabym, że tak właśnie będzie, że on będzie lepszy.... Nie wiem jaka byłaby przeszłość, ale wtedy wierzyłam, że bez niego sobie nie poradzę, zginę, bo jestem nikim... O jak ta myśl boli.... Normalnie mogłabym teraz rozwalić klawiaturę... A teraz? Jak teraz bym postąpiła? Wyrzuciłabym go na zbity pysk, póki nie podejmie terapii?! Nie wiem!!! Boję się myśleć co by było gdy!!! Tak bardzo się boje, że byłabym naiwna i słaba, bo go kocham, bo jest ojcem moich dzieci, bo mnie potrzebuje... O może nie bym powiedziała: Sam wybrałeś swoją ścieżkę, więc wypierdalaj z mojego życia kolejnej szansy nie będzie! A w głowie, przecież to Twój mąż obiecałaś go wspierać... Ale nie obiecałam lecieć z nim w przepaść.... Jezu tyle myśli... Nie pisałam tu od razu bo jakoś nie potrafię sobie tego poukładać, że dajemy się tak łatwo wkręcić w chorą rzeczywistość i na własne życzenie fundujemy sobie piekło. To nie jest trudne walczyć, NIE!!! Trudne jest trwać w tym horrorze.

    Droga Współuzależniono (kimkolwiek jesteś),
    Jeśli czytasz to, to mam do Ciebie prośbę: stań przed lustrem, spójrz na siebie i powiedz sobie kim jesteś i czego chcesz, a potem o to walcz - bo to jest najłatwiejsza droga do szczęścia. Walka o siebie - nikt inny nie da Ci szczęścia, tylko Ty sama. Nie mówię, że będzie to krótka droga, ale mówię, że łatwiejsza, bo pozwalasz żyć sobie i ćpunowi według własnych zasad. Jeśli wybierasz trudniejszą drogę - chorą rzeczywistość z ćpunem - to zabijasz siebie i jego, stajesz się winna morderstwa - czy o to Ci chodzi? Ale zaraz w Twojej głowie jest, że łatwiej jest zabijać, niż pozwolić żyć?! Ustaw swoją drabinę wartości na nowo i walcz, żebyż żyć, a nie zabijać!

    Anka - współuzależniona, która stara się zrozumieć moment, w którym zaczynamy kochać siebie i innych, pozwalając im żyć własnym życiem...
  • Posted: 10.02.2017, 15:10
     
    ana_rebeL
    oceń:
    monarowiec monarowiec
    zarejestrowany:
     październik 2015
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    07.09.17
    postów:
    99
    Tak się męczę z tymi myślami od kilku tygodni... Drogie Panie a może jest wśród nas jakaś współuzależniona, która wychwyciła ten moment i wie, co się musi stać, żeby dać sobie już spokój... Bo ja nadal nie ogarniam dlaczego tyle jest zła wokół i my na to przystajemy :(

    Tak w ogóle, myślę że my współuzależnione - w momencie kiedy dostajemy narzędzie walki - świadomość zaistniałego problemu - i nadal brniemy w gównie po uszy, same jesteśmy sobie winne swoją głupotą. Ale jak myślę o biednych dzieciach, które żyją w takim kołowrotku to normalnie tym głupim matkom pozabierałabym dzieci, skoro tak bardzo kochają ćpuna!!! Może i radykalne - ale narażają zdrowie i życie własnych dzieci, przez obsesje bycia z ćpunem...



    napisany przez: ana_rebeL, 10-02-2017 - 16:15
  • Posted: 10.02.2017, 15:11
     
    ana_rebeL
    oceń:
    monarowiec monarowiec
    zarejestrowany:
     październik 2015
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    07.09.17
    postów:
    99
    Izaa - przez brak rozdzielność narażasz własne dziecko na spłatę długów ćpuna, skoro nie myślisz o sobie, to pomyśl o dziecku!!!
  • Posted: 12.02.2017, 20:28
     
    Niusia
    oceń:
    pretendent pretendent
    zarejestrowany:
     styczeń 2016
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    16.03.17
    postów:
    79
    Jak jest mi kurwa strasznie ciężko! Ana_rebel, dobrze, że napisałeś, dziękuję Ci za to, bo natchnęłas mnie bym i ja wyrzuciła to z siebie. Mąz był na pierwszej przepustce od wczoraj do dziś, z opiekunem. Nasze stosunki ostatnio różnie się układały....ja złożyłam pozew o separację, czekamy na sprawę...było mi w chuj ciężko finansowo, on nic nie płaci na dziecko, od sierpnia, to było przeciez oczywiste, że nie ma skąd, ale również kurwa oczywiste było to że ja nie mam pracy i musze sobie jakoś dawac radę! Udało mu się tam coś załatwić, żeby nam jednak pomagać, mniejsza o to. Chodzi o to, że te nasze stosunki sa tak bardzo zmienne...ja raz go nienawidzę, raz bardzo tęsknie, raz jestem silna, a za chwilę chcę byc całkowicie zalezna i wierzyć w to co powie, żyć tym. Chodze na tą jebana terapię i dalej się motam. Wcześniej zaczęłam się nawet spotykać z kimś, by zapomnieć, by się uwolnić, by miec normalne życie z osobą nie uzaleznioną. Jednak i w tej relacji się nie ułożyło. Winę zrzucam na charakter tego mężczyzny, ale głeboko wiem, że wina leży we mnie, a na pewno duża jej część. Nie umiem stworzyć zdrowej relacji, Jestem DDA i mam cechy osobowości zaleznej, nie umiem byc sama i karmię się pielnymi słowami ćpuna, który co prawda jest ciągle w terapii i robi w niej postępy, ale ja mu już nie ufam, mimo to tak żałośnie chcę dalej słuchac jego wywodów o tym jak piekne żtcie stworzymy razem, jak bardzo powinnam zająć się sobą swoimi potrzebami pragnieniami. Czuję się bardziej chora od niego. Nie umiem podjąc decyzji, wybrać, czuję, że życie przelatuje mi przez palce. Chyba nie mam siły dalej pisać, straciłam wątek, myśli, ostatnio mam takie problemy z koncentracją, w ogóle z okresleniem swoich potzreb, czy nazwaniem uczuć...
  • Posted: 13.02.2017, 07:33
     
    ana_rebeL
    oceń:
    monarowiec monarowiec
    zarejestrowany:
     październik 2015
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    07.09.17
    postów:
    99
    Niusia dobrze, że napisałaś... Ja rozumiem Twoje rozterki, ale zrozum, że póki Ty nie zaakceptujesz siebie nie stworzysz związku z nikim innym, bo jeśli sama ze sobą nie potrafisz, żyć, to jak mogłabyś z kimś innym. Jestem daleka od oceny, więc nie obraź się co teraz napiszę - to jest moje zdanie. Kiedy mój mąż odsoszedł ode mnie, zdradził mnie i sponiewierał, bardzo chciałam wpaść w ramiona innego faceta i zapomnieć - o jakie by było to łatwe... Ale nosiłam obrączkę, później zdjęłam, lecz w sercu i w głowie dudniła myśl - to, że on Cię zdradził, zdeptał waszą przysięgę małżeńską, którą dał przed Bogiem i rodziną, to nie upoważnia mnie, abym zrobiła to samo. Przecież mówiłam "na dobre i złe, w zdrowiu i chorobie..." Na szczęście za moimi plecami zawsze jest Anioł Stróż i nie pozwala mi robić najgorszych głupot, więc sytuacje się nie nadarzały, a może ja nie chciałam niczego zauważać... Nie ważne. Zaczęłam się akceptować i kochać za to kim jestem, polubiłam życie sama ze sobą (+dwa bąble, czyli nigdy sama :) mimo, że w głowie miałam rożne batalie to jednak póki nie miała rozwodu postanowiłam nie wikłać się w żaden związek. Myślę, że to była bardzo dobra decyzja, bo nie stworzyłabym udanego związku kiedy sama byłam rozbita na milion kawałków. Nie da się budować jednego związku kiedy poprzedni jest nie zamknięty. Chcesz separacji, może z biegiem czasu rozwodu - czas pokarze... ale daj sobie szanse na pokochanie siebie i akceptację tego kim jesteś. Chodź na terapię i włącz dzynkiel - TERAPIA = WALKA O SWOJE SZCZĘŚCIE. Terapia nie działa, bo Ty na to nie pozwalasz. Mówimy "nie umiem", a dojrzała osoba spyta "Nie umiesz, czy nie chcesz?" Czego się tak kurczowo trzymasz i blokujesz się przed szczęściem i wiarą, że jesteś wyjątkowa i warta gwiazd... Ale nikt Ci ich nie da - sama musisz po nie sięgnąć, wtedy będą miały wartość.
  • Posted: 14.02.2017, 18:06
     
    Niusia
    oceń:
    pretendent pretendent
    zarejestrowany:
     styczeń 2016
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    16.03.17
    postów:
    79
    Ana_rebel kochana nie obrażam się, absolutnie, ja każdy wpis w moim kierunku traktuję jako życzliwa pomoc i dziękuję za to. Bardzo chcę zmienić to moje myślenie, zmienić siebie, pragnę poczuć się szczęśliwa i pewna siebie, swojego życia, swojej siły.
    Los się uśmiechnął i od marca wreszcie ide do pracy, nareszcie zapełnię czas, poczuję się ważna i będe niezalezna finansowo. Bardzo mi na tym zależało.
    Póki co myśli o mężu o byciu z nim sprawiają mi ból i lęk, który towarzyszy mi od małego przez ojca alkoholika. Terapeuta zasugerował że powinnam też rozpocząc terapię DDA.
    Jest ciężko, ale póki co musze chyba jeszcze postawić na czas, na walkę o siebie...choć ciągle zadaję sobie pytanie ile jeszcze tego czasu i czy coś się zmieni?

    Prosze powiedz mi co znaczy "pokochać samego siebie, czuc się dobrze z sobą samym"?
  • Posted: 01.03.2017, 21:30
     
    szuwar
    oceń:
    neofita neofita
    zarejestrowany:
     październik 2009
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    23.12.17
    postów:
    676
    Niusia. Terapia to bardzo dobry pomysł, zazwyczaj pomaga. :)
    Pozdrawiam i życzę szczęścia.
  • Posted: 09.03.2017, 13:49
     
    Justyna2806
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     marzec 2017
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    09.03.17
    postów:
    1
    Cześć. Jestem tu nowa. Zastanawiałam się czy tu napisać o swoich problemach. Ale czuje potrzebę opisania mojej sytuacji ludziom bezstronnym.
    Mam 26 lat, z mężem jesteśmy razem 9 rok, w tym 2,5 roku po ślubie i mamy prawie 3letnie dziecko.
    Tak... Jestem żona narkomana, faceta, którego uważałam za ideał. Wszystko zaczęło się psuć od dnia ślubu. Nie byłam niczego świadoma. Te dziwne zachowania męża w dniu naszego ślubu, wesele spędziłam można powiedzieć że sama. On ciągle gdzieś znikał, pilnował tylko gości. W tym wszystkim nie było zainteresowania mną... nocy poslubnej tez nie było. Czas leciał a ja z każdym dniem czułam jak mąż się oddala ode mnie, nie mogłam zrozumieć co się dzieje, czy ja robiłam coś źle? Dbałam o córkę, o niego, w domu robiłam wszystko. Ale i tak coś było nie tak. Mieszkaliśmy U jego rodziców. Żałuję okropnie że nie wyprowadzilismy się stamtąd. Teściowa dokładala mi od siebie problemów. Ale to już nie ważne.
    I zaczęło się... pierwsze ucieczki z domu gdy tylko zasnęłam, powrót o 5 rano, w okropnym stanie. Na mnie miał olewke, nie dbał o mnie jak kiedyś. Musiałam prosić o to by mnie przytulil, pocalowal... było to dla mnie okropne, nie mogłam znieść tego wszystkiego. Trwało to dobry rok, któregos ranka kolega, ktory odwiozl go do domu w wiadomo jakim stanie wyznał mi że martwi się o niego i powinnam o czymś wiedzieć. Zwalilo mnie z nóg jak okazało się że K. bierze narkotyki.... świat mi się zawalił. Ciągło to się do teraz (2,5roku). 2 miesiące temu oznajmił ze chce się leczyć, przez 3 tyg jeździł na spotkania z terapeutą, i nagle wielkie rozczarowanie! Nie wytrzymał, zaczął znowu. Coraz częściej uciekał, narobił długów, coraz więcej brał. A ja....? Ja popadlam w nerwicę depresyjno-lękowa. Nie mogę spać, nie mogę jeść. Stałam się wrakiem czlowieka. Nawet nie pamiętam ile to już razy uciekalam do mamy, ile razy zadalam rozwodu, a i tak wracałam o niego. Przepraszał, prosił o ostatnia szansę. Tych "ostatnich" szans też było sporo. Miał iść na detox a potem do ośrodka Monar w Krakowie ale trzeba było czekać w kolejce najpierw na detox ok 2/3 tygodnie potem niewiadomo ile jeszcze na miejsce w ośrodku. I tak czekaliśmy aż w końcu odechcialo mu się leczenia. Gdy był na głodzie mówił mi że wcale nie chce się leczyć a mówił tak tylko po to żebym niedenerwowala się tak. Tydzień temu powiedziałam sobie dość! Ile będę jeszcze się zastanawiała żeby odejść. Mam czekać aż któregoś dnia zrobi nam krzywdę? Nie mogę narażać dziecka. Dotarło do mnie wreszcie ze jestem współuzależniona od osoby uzależnionej od narkotyków. Niezrozumiale to brzmi ale tak właśnie jest. Od tygodnia się z nim nie widziałam, codziennie pisze smsa "Jak tam Lenka?" Ale nie odpisuje mu. Postawiłam mu warunek ze jak chce zobaczyć się z dzieckiem to musi iść na leczenie. Najpierw nic sobie z tego nie robił, pewnie dalej liczył ze zmiekne i wrócę a on nic nie będzie musiał robić. Ale dziś po raz ostatni mu napisałam że jeśli nie chce się leczyć to niech zapomni o dziecku. I wybuchł... dzwonił, krzyczał ze z dziecka zrobiłam kartę przetargową, że nie zabiorę mu jej,że przez nas właśnie rozbił auto, same wyrzuty do mnie. Chciałam dobrze, chciałam żeby się otknal i jeśli kocha swoje dziecko to niech dla niej się wyleczy.... Jestem w rozsypce.... Nie wiem co będzie dalej. Nigdy mnie nie uderzył ani nie zwyzywal, dziecko też dobrze traktował. Myślałam że nas kocha, a teraz uświadomiłam sobie jak bardzo ludzilam się, że jeszcze coś z tego będzie. Nie wyobrażałam sobie że coś takiego mnie w życiu spotka. Co mam teraz zrobić ze swoim życiem?? Strasznie mi ciężko, mimo wszystko kocham go i nie wyobrażam sobie życia bez niego. Ale nie mogę pozwolić żeby dziecko w takiej rodzinie się wychowalo. Dziękuję za wszelkie dobre i źle komentarze. Cześć.

  • Posted: 09.03.2017, 18:23
       
    jozefaa
    oceń:
    neofita neofita
    zarejestrowany:
     marzec 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    28.04.19
    postów:
    2203
    Przykro mi bardzo że i Was dopadła ta choroba. Idz na terapie dla współuzależnionych to pierwsze co powinnaś zrobić moim zdaniem aby to wszystko dać radę znieść i wyjść z tego cało i na dodatek silniejszą i gotową do życia w radości w sercu. To ważne. Zajmij się sobą ok koniecznie i dziecko i Ty i tak samo i Twój mąż dobrze na tym wyjdziecie. Wiem że teraz cały świat Ci się zawalił ale co się stało to już się nie odstanie i teraz koniecznie walcz o siebie i dziecko a i wtedy zarazem także pomożesz mężowi naprawdę tak to się dzieje. Możesz mi wierzyć, wiem ze wydaje Ci się że to koniec świata ale tak nie jest, dasz rade ok? Tylko jak to sie mówi tyłek w troki i walka o siebie ok? Masz dziecko i masz o co walczyć wiec nie ma co, trzeba siły zebrać i do poradni ok?

    Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali
    Jan Paweł II, częstochowa, 18.VI.1983

    Nie potrafi przebaczyć innym, kto sam nie zaznał przebaczenia.
    Jan Paweł II, Z przemówienia do młodzieży, Watykan, 1999 r.
  • Posted: 16.03.2017, 18:34
     
    Niusia
    oceń:
    pretendent pretendent
    zarejestrowany:
     styczeń 2016
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    16.03.17
    postów:
    79
    Witajcie. Mąz wyszedł z Ośrodka półtora tygodnia temu. W Wyszkowie był ok pół roku, wcześniej w Lipiance 2 miesiące. Łącznie to daje 8 miesięcy leczenia. Nie dotrwał do końca. Nosił się z tym zamiarem od kilku tygodni. Gniotła go sytuacja finansowa jego(nie może ogłosić upadłości jak planował, tak bym ja nie poniosła konsekwencji) oraz moja, bo jest dośc cięzko, żądałam alimentów. Podjął decyzję i opuścił Ośrodek, umówił się z terapeutami na 23 marca ma pojechac na kadrę prosić o stały kontakt z Ośrodkiem. Pojechał prosto do rodziców do Warszawy i rozpoczął szukanie pracy. Był u nas 3 dni, siedział z małą bo akurat była chora. Znalazł juz pracę, wczoraj miał skzolenia i zaczął od dziś, oprócz tego chodzi na mityngii i zapisał się na terapię ambulatoryjną raz w tygodniu. Sam podjął decyzję, że nie chce zwalac nam się na głowe z tymi wszytskimi problemami, długami, niezałatwionymi sprawami. Chce stanąc na nogi, odbić się, zacząc zarabiać, pomagac i wspierać i w taki sposób zdobywać moje zaufanie na nowo. Dając poczucie bez;pieczeństwa i tego, że możemy na niego liczyć. Zaproponował byśmy zapisali się na terapie małżeństw , bo nie osuzkujmy się, nasz związek był toksyczny, równiez z mojej winy... Nie wiem...co o tym myslicie? Ja oczywiście jestem sceptycznie nastawiona, boję się ale łapię się na tym, że bardzo chcę mu wierzyć, że nawet znów za bardzo chcę, włącza się moja nadkontrola...mam przerwę w terapii. Plus taki, że zaczęłam pracę. Czuję się z tym cudownie, równiez czas mi leci i nie mam czasu na chore myśli...
    Jakos tak wydawało mi się, że jak on nie dokończy tej terapii to nie ma mowy o byciu razem, a teraz czuje, że ja nadal go kocham, że chciałabym, ale tak się boję...
  • Posted: 07.09.2017, 11:48
     
    ana_rebeL
    oceń:
    monarowiec monarowiec
    zarejestrowany:
     październik 2015
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    07.09.17
    postów:
    99
    Hej po długiej przerwie....

    W zasadzie to nie wiem od czego zacząć... Może od siebie :) skończyłam swoje wymarzone studia, dostałam pracę i stoję wobec dużego wyzwania - pogodzenia dwóch różnych obowiązków, ponieważ pracuje w dwóch zakładach... czas pokaże co z tego wyjdzie :) moja córa poszła do 1 klasy (pękam z dumy), a synek do przedszkola (jakby nie było też pękam z dumy bo to kolejny krok do małej samodzielności). I mój K. jest trzeźwy - cały czas terapia (teraz roczna pogłębiona) i mitingi. A jednak coś nie gra... ostatnio dużo skaczemy sobie do gardeł o drobne rzeczy... I tak sobie myślę, że może my do siebie nie pasujemy. Czasami zalewa mnie ogrom żalu, a potem nagły przypływ siły, że chce być sama, żeby było mi dobrze samej, a z nim ciągle coś. Nie podjęliśmy terapii małżeńskiej, nie przepisał na mnie mieszkania - nie dotrzymał żelaznych warunków powrotu. Jest trzeźwy to było priorytetem, ale dla mnie to za mało...

    W marcu byłam na spotkaniu Nar-anon, potem nawał roboty, sesja, praca licencjacka, remont w domu... i dwa tygodnie temu znowu poszłam na miting Nar-anon i otworzyłam drzwi demonom przeszłości. Myślałam, że mam wszystko poukładane, a jednak nie... Chyba potrzebuje wizyty u terapeuty, ale w środku czuję blokadę, że on tak niewiele robi dla naszego związku, to ja też nie zamierzam. Ja już walczyłam, a teraz złożyłam broń.... Poddałam się i płynę codziennością, wydaje mi się, że po prostu oddalam się. Chciałabym, aby przeszłość zniknęła, chciałabym, aby zniknął on...

    Może jestem zła... ale tak czuję...

Przejdź do strony: [-10 -1] 1 - 2 - 3 ... 22 - 23 - 24 - 25 [+1]

Otwarty Portal Monaru