<!-- [site-name] -->
Witaj gość - dzisiaj jest środa, 08 kwietnia 2020, 

pamięci Marka

Biografia
Marka Kotańskiego
Historia Monaru
"Ty zaraziłeś ich
narkomanią"

"Daj siebie innym"

nasze menu

 strona główna
 nasze linki
 FAQ - pytania i odpowiedzi
 nasze pliki
 nasze bLogi
 nasza galeria
 nasza księga gości

 PLACÓWKI MONARU


nasz najnowszy link

Click

Belgijski Gabinet Terapii Uzależnień
Witamy Ciebie na stronie Belgijskiego Gabinetu Terapii Uzależnień działającego w Belgii od 2014 roku...
odsłon:10138

nasze linki ]

trochę wiedzy o...

 narkotykach
 narkomanii
 narkomania w literaturze
 narkomania w filmie

nasz bLogariusz

licznik odwiedzin

Dzisiaj:83
W tym miesiącu:7493
W tym roku:121667
Ogólnie:3696453

Od dnia 08-01-2002

Przejdź do strony: [-1] 1 - 2 - 3 - 4 - 5 - 6 - 7 - 8 - 9 [+1]

Do dołu
Leczenie- jak się odbywa w innych ośrodkach.
  • Posted: 13.01.2006, 09:54
     
    anecia_b
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     styczeń 2006
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    28.01.06
    postów:
    11
    Hmm...musze przyznać, że w moim przypadku, od pierwszego dnia, kiedy mój mąż pojechał do ośrodka, nie było to tematem tabu. Zreszta mówienie o takim problemie przynosi ulgę, bo przeciez to nie my jestesmy winne. Nie spotkałam sie ani razu z negatywną reakcją, a co się okazuje, to wielu znajomych ma podobne problemy lub watpliwości co do swoich bliskich. Odeszłam od męża, ale on pewnie nawet nie zauważył, że nas nie ma. Do końca nie wierzyłam w Jego czyste intencje co do leczenia. Zmiany zachodziły małymi kroczkami. Zresztą kiedy pojechałam po raz pierwszy do ośrodka i zobaczyłam go takiego samego jak zza dawnych dni, zrobiło mi sie niedobrze... Długo nie wierzyłam, że będzie z tego jakiś pożytek, ale kiedy zobaczyłam jak doi kozy to zaczęłam wierzyć, że może...Dzisiaj jest ok. Nie jesteśmy razem, mieszka w miejscu leczenia, ale warto było. Mamy dziecko, przyjeżdza, potrafimy się pozozumieć. Nauczył się życia. W jakims stopniu jestem dumna, ze udało mu się skończyć leczenie, ale...to tylko dla Niego nowa linia startu. Cieszę się, ze nie musiałam znosić nowych ośrodków i nowych prób, ale pewnie gdyby tak się stało to tez byłabym z nim. Wyszłam z założenia, że jeżeli moja obecność może Mu pomóc, to to zrobię, ale tylko raz. Podziwiam wszystkie żony trwające przy mężach, ale ja chyba nigdy bym nie zniosła, gdyby się leczenie nie udało. Nie potrafiłabym żyć z ćpunem, dziecko jest dla mnie priorytetem. Najgorsze, że ludzie uzależnieni nie mają uczuć, są uposledzeni emocjonalnie i muszą nauczyć się wszystkich uczuć względem drugiego człowieka.
    Pozdrawiam
    Aneta
    P.S. Brat mojego męża tez był w 2 ośrodkach. Miał 16 lat jak pojechał po raz pierwszy i w pierwszym ośrodku przez 7 mies. nawet nie podjął leczenia...Też były słowa i obietnice...
  • Posted: 13.01.2006, 22:22
     
    milunia
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     październik 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    23.05.06
    postów:
    27
    Anecia,Twój post pocieszył mnie troszeczkę i utwierdził w przekonaniu, że nie będe "tą złą" jesli nie zdecyduje się na powrót do męża po ośrodku..tym bardziej ze nie mieszkamy juz 4 lata razem .Oczywiście sa obietnice, zmiany..itp.Jest człowiekiem, którego kocham, któremu chce pomóc, ale poprostu nie dam rady. Strasznie sie boje...pewnie robię krzywdę dziecku. On chce zostac tam, na miejscu...a ja boję się rzucić wszystko i spróbować raz jeszcze, wierząc, że teraz bedzie cudownie.Tak nie bedzie. jesli sie zdecyduje na taki krok nie mam szans powrotu.Nie wiem co robić... Nic już nie wiem :(
  • Posted: 14.01.2006, 09:04
     
    anecia_b
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     styczeń 2006
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    28.01.06
    postów:
    11
    U mnie przez chwilę były jakieś plany reaktywacji, ale nic z tego nie wyszło. Najpierw Twój mąż niech skończy leczenie, a może już skończył? Wspieraj go słowem i swoją osobą, ale...myśl o sobie i o dziecku. Tak na prawdę to w ośrodku nie znaja przypadku, ze związki po leczeniu zaczęły życ na nowo. Niczego nie żałuję, jest innym zupełnie człowiekiem, a ja moge mu wybaczyc, bo jest chory, ale nigdy nie zapomnę, bo wspomnienia pojawiają się nawet wtedy , gdy tego nie chcę. Teraz jestem spokojna, ale nie wyobrażam sobie zycia z narkomanem. Chcę mieć w koncu spokój, nie mam siły za trzymanie i opiekowanie się mężem. A kto sie nami zaopiekuje??Teraz jest ok. i obydwoje o tym wiemy. Widujemy się jakieś raz na 3-4 tyg. i jest ok. Widzę, ze zaczyna coś czuć do córki, stara się...I jeszcze jedno..dowiedziałam się jeżdżąc do ośrodka o czymś takim jak współuzależnienie i nie sądziłam, ze jego problem dotyczy także i mnie. Krzywdy nie robisz dziecku, to On robi krzywdę i od Niego wszystko zależy a nie od Ciebie. To jest Jego życie i nie ulegaj szantażom emocjonalnym i nie wierz w żadne słowo zapewnienia. To najlepsi łgarze na świecie. Zresztą nie słowa swiadcza a czyny. Lepiej chyba się mile rozczarować niż bolesnie cierpieć, bo uwierzysz w jego zapewnienia jak zwykle. Uważam jednak, że pomoc drugiemu człowiekowi jest nalezna, o ile masz na o ochotę i On nie wysysa z Ciebie energii. Czas i zycie okaże jak sie ono ułoży. Też przez chwile chciałam wyjechać tam gdzie tam mieszka. Pamiętaj, ze Ty też jesteś ważna i masz prawo do normalnego życia i do szczęścia.
    Pamiętaj , ze już nigdy nie będzie tak cudownie jak kiedyś...zresztą co w waszym zyciu było prawdą... Okazuje się, ze wiekszość naszego związku to był trójkat ja+on+ narkotyki...Długo o tym nie wiedziałam, więc pamiętaj, ze cudownego zycia nigdy nie bedzie...to zawsze jest narkoman...pomysl czy masz na tyle siły, by tak zyć.
    Pozdrawiam
    Aneta
  • Posted: 14.01.2006, 09:44
     
    ion_hardy
    oceń:
    domownik domownik
    zarejestrowany:
     styczeń 2006
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    17.05.10
    postów:
    48
    Przeciez to przedewszystkim czlowiek dopiero potem narkoman.Pisze zpunktu widzenia osoby uzaleznionej i powiem szczeze ze gdyby nie swiadomosc ze czeka na mnie kochajaca kobieta,to nie wiem jak bym sobie dal rade.My tez mamy uczucia-wobrazcie sobie ze nie jestesmy maszynami do krzywdzenia innych.Wybaczcie ale traca mi to wszystko niezdrowym radykalizmem KOCHAC I BYC KOCHANYM ja cpun walcze o to przez ostatnie moje trzezwe miesiace i dzieki bogu sa wokol mnie ludzie ktorzy mysla podobnie
  • Posted: 14.01.2006, 09:56
     
    anecia_b
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     styczeń 2006
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    28.01.06
    postów:
    11
    Pozazdrościć...ale chcesz i walczysz...wszystko idzi w obydwie strony. tak jak traktujesz innych tak inni traktuja Ciebie... A nam jest tak dobrze...Przecież o tym wszystkim o czym piszesz dowiedziałeś sie i poczułeś dopiero jak jesteś czysty.
    Pozdrawiam
    Aneta
    P.S. A w moim przypadku nie potrafie dalej kochać i zaufać, choć mąż nie jest mo obojetny! Pozazdrościć tylko partnerki.
  • Posted: 14.01.2006, 10:23
     
    ion_hardy
    oceń:
    domownik domownik
    zarejestrowany:
     styczeń 2006
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    17.05.10
    postów:
    48
    Tak rozumiem moze ciut przesadzilem-wybacz. To prawda z moja Anetka :D poznalem sie w czasie kiedy jeszcze grzalem i to wlasnie ona dala mi kopa zeby przerwac 15 letni ciag.Teaz wiem ze chce sie o nia starac cale zycie to dla nas wytrzezwialem i ucze sie teraz jak zyc dla kogos a nie tylko dla siebie.Moj poprzedni zwiazek trwal 7 lat i tak miedzy bogiem a prawda to niewiele z niego pamietam.Dzis jestem oredownikiem teori ze czyste uczucie to najsilniejsza bron w walce z uzaleznieniem.Chce udowodnic sobie i wszystkim dookola ze zasluguje na zaufanie ktorym Ona mnie obdarzyla.Krok po kroku ide w ten obcy dla mnie, czesto tez wrogi,swiat i nie wyobrazam sobie co by bylo gdyby JEJ przy mnie nie bylo.Wiem ze to ogromna odpowiedzialnosc spoczywajaca na nas obojgu ale chyba warto probowac???Teraz kiedy wytrzezwialem zaczynam dopiero rozumiec na czym polega MAGIA i SILA MILOSCI i to jest PIEKNE :D :D :D Podobno"Kiedy czegos pragniesz, to caly wszechswiat dziala potajemnie bys mogl to pragnienie spelnic" i ja chce w to wierzyc. Pozdrawam ion
  • Posted: 14.01.2006, 21:12
    **nieznany użytkownik**
    oceń:
    domownik domownik
    zarejestrowany:
     grudzień 2004
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    04.04.07
    postów:
    55
    [quote=anecia_b]Tak na prawdę to w ośrodku nie znaja przypadku, ze związki po leczeniu zaczęły życ na nowo. Aneta[/quote] Czy ktoś może rozwinąć ten temat?Poczułam się jak rażona gromem.Do przeczytania tego postu wierzyłam,że można zacząć od nowa.Teraz nie wiem co mysleć.Czy naprawdę tak jest,że nikomu jeszcze się nie udało?
  • Posted: 14.01.2006, 21:58
     
    anecia_b
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     styczeń 2006
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    28.01.06
    postów:
    11
    Oczywiście nie można uogólniać, pewnie komus sie udało...mam taka nadzieję...
    Aneta
  • Posted: 14.01.2006, 21:58
       
    Margaret
    oceń:
    pretendent pretendent
    zarejestrowany:
     marzec 2004
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    15.12.06
    postów:
    67
    Aneta trochę przesadziła... Chodziło może o związki dwojga uzależnionych, a nie związki, w których jedna osoba jest narkomanem. Znam wiele par, które po terapii jednej ze stron są razem. Chociażby ja sama. poznałam mojego męża kiedy miałam 16 lat - już wtedy brałam. On nigdy nie posunął się dalej niż do trawy i to tylko okazjonalnie. Poszłam do ośrodka w wieku 17 lat. Przetrwaliśmy. Czekał. Udało nam się, jesteśmy prawie 13 lat po ślubie. Raz jest lepiej, raz gorzej, ale nadal się kochamy.
    Większy problem jest kiedy obie osoby są narkomanami. Wówczas nawrót jednej zazwyczaj oznacza nawrót drugiej. Chociaż wyjątki też się zdarzają (niestety osobiście nie znam).
  • Posted: 14.01.2006, 22:56
     
    Marysia
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     maj 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    07.04.08
    postów:
    24
    Dziewczyny, swoimi postami trafiłyście w 10-tkę moich rozterek.
    Gdy ponad rok temu zadawałam sobie pytanie czy chcę zaryzykować i spróbować żyć z narkomanem nie umiałam na nie odpowiedzieć, aż odpowiedz przyszła sama z wnętrza mnie.Stwierdziłam,że chcę spróbować.....no i prawie w rocznicę swojej trzeżwości znów popłynął..
    Teraz jest znów w ośrodku, sam zdecydował się na to bez żadnych mioch sugestii, może ta jego decyzja jest więcej warta, niz poprzednia pod wpływem mojego ultimatum, nie wiem. Teraz znów pojawiło sie pytanie, co dalej, czekać czy nie..
    Jak bym oglądała znany już film:(, znów nie znam odpowiedzi... no bo ile razy można dawać szansę.Marek Kotański mówił, że nikt nie jest stracony na zawsze, ale czy znajdę w sobie zaufanie kolejny raz...
    Potrafię dbac o siebie i córcię. Wiem, że nie jest mi nadal obojetny, ale nie czuję potrzeby pisać mu w listach, że go kocham itd. W jakiś sposób staram sie go wspierać, ale bez obietnic. Zostawiłam sobie tą decyzje na potem, jeszcze całe leczenie przed nim, mam nadzieję , że i tym razem odpowiedz sama ze mnie wypłynie, póki co nie chcę sobie tym zaptzatać głowy, bo to bezcelowe w danej chwili. Wiem, że zawsze będzie obecny w moim życiu, bo mamy dziecko, ale jeszcze nie znam odpowiedzi, w jakim to ma być charakterze...To wszystko nie jest łatwe, ale wiem, że na pierwszym miejscu jestem ja i moja córcia-tego jestem pewna i to sie nigdy nie zmieni, a reszta ufam, przyjdzie sama. Mówię sobie"daj czasowi czas"-tylko na tyle na razie mnie stać.
  • Posted: 15.01.2006, 21:42
    **nieznany użytkownik**
    oceń:
    domownik domownik
    zarejestrowany:
     grudzień 2004
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    30.05.09
    postów:
    59
    szczęściary ;zastanawiacie się nad szansami przetrwania a ja marzę o takich dylematach czy mam szansę ?Nie wiem sama. Oddałabym wiele żeby choć tak raz pomyslał o leczeniu! pozdrawiam wszystkie osoby leczace się i te ,które na nich czekają może kiedys do was dołączę....
  • Posted: 15.01.2006, 22:12
     
    Marysia
    oceń:
    nowicjusz nowicjusz
    zarejestrowany:
     maj 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    07.04.08
    postów:
    24
    Kotunko droga:) to czy leczy się ktoś bliski czy nie w sumie nie musi mieć wpływu na twoje decyzje, twój los w twoich rękach-tak uważam:)
    A poza tym w życiu zawsze są jakieś dylematy, a szczęście [tak nawiasem mówiąc:)] to ciężka praca:)
    Zajmij się sobą, niezależnie od tego jak potoczą się sprawy z twoim mężem.
    POWODZENIA I WIARY, ŻE TWÓJ LOS JEST W TWOICH ZGRABNYCH RĄCZKACH:)))
    A z tym dołączaniem to Ci powiem, że już jesteś jedną z nas:)))), należysz do naszej bandy :)) "kobiet uzależnionych facetów":)) [mam nadzieję, że nikt tego określenia mi nie weżmie za złe:)]
  • Posted: 16.01.2006, 09:48
    **nieznany użytkownik**
    oceń:
    domownik domownik
    zarejestrowany:
     grudzień 2004
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    30.05.09
    postów:
    59
    masz racje droga Marysiu;po to tu jestem.Bo nie chcę być sama z tym wszystkim;weszłam w ten temat rzeby wiedziec jak to jest w tych /zdaniem mojego faceta więzieniach/...bo chce byc przygotowana kiedy się ocknie ,na odpowiedzi , bo to on pyta czesto z ciekawości , sam nie przeczyta o tym nic a ja odwrotnie uwazam ze te osierodki to nasza przepustka do normalnego zycia...pozdrawiam
  • Posted: 16.01.2006, 10:42
       
    jozefaa
    oceń:
    neofita neofita
    zarejestrowany:
     marzec 2005
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    08.03.20
    postów:
    2208
    Piszę do tych kobiet które maja uzaleznionych facetów. Zacznijcie dla swojego i bliskich dobra i same się leczyć. Jest to naprawdę bardzo ważne dla Was jak i dla Waszych bliskich. Współuzaleznienie to jest bardzo ciężka choroba. Może wtedy zrozumiecie zarazem choć trochę swoich mężów czy facetów i zaczniecie zdrowo i świadomnie podejmować tak ważne decyzje życiowe. To jest choroba, a z tej chorobym można wyjść i stać się naprawdę bardzo wartościowym i lepszym człowiekiem nawet lepszym jakim się było jeszcze przed uzależnieniem. W więszości przypadków jest to obopólna wina, że mąż zaczął pić czy ćpać. Że dziecko zaczęło ćpać bo nie radziło sobie z twardą rzeczywistością / zazwyczaj tak jest/. Nie można na emocjach podejmować tak ważnych decyzji. Osobie uzależnionej a leczącej się jest bardzo pomocna, ja nawet ośmielę się napisać wręcz niezbędna miłość i wsparcie tej przecież najbliższej osoby. To nie jest tak, że sie ćpa widząc jak rani się poprzez to siebie i tych których się najbardziej kocha z premedytacją dla swojej przyjemności. To jest choroba i to trzeba zrozumieć. Żeby stać się np. alkoholikiem jest udowodnione , że trzeba spełnic tylko dwa warunki. Trzeba mieć w sobie pewniem syndrom X /naukowcy nie wiedzą dlaczego go niektórzy mają a niektórzy nie i nie umieją go wyszczególnić, ale to nie są napewno geny/ oraz trzeba chociaż raz napić się alkoholu. To wystarczy aby zacząć stawać sie osobą chorą. To proste a zarazem jak straszne. Ale napewno można żyć normalnie jak sie rozpozna w sobie tę chorobę i nauczy się z nią żyć. Są setki tysięcy takich osób w Polsce i zarazem sąszczęśliwi w małżeństwie.[/img]
  • Posted: 16.01.2006, 18:57
    **nieznany użytkownik**
    oceń:
    domownik domownik
    zarejestrowany:
     grudzień 2004
    Status:
    off-line
    ostatnia wizyta:
    04.04.07
    postów:
    55
    Jozefaa nie zgadzam się z tym,że w wiekszości przypadków to obupólna wina,że mąż zaczał pić czy brać narkotyki.Za to,że obie strony ponoszą winę gdy sie źle dzieje w zwiazku,zgodzę się.Jednak decyzję o braniu,czy piciu podejmuje już jedna osoba,mająca świadomość konsekwencji bo w dzisiejszych czasach nie jest to temat tabu.Wydaje mi się,że właśnie takie myślenie jest przyczyną wstydu i poczucia winy z powodu uzaleznienia partnera. Ale mogę się mylić :)

Przejdź do strony: [-1] 1 - 2 - 3 - 4 - 5 - 6 - 7 - 8 - 9 [+1]

Otwarty Portal Monaru